Err: Connection timed out [110] Ludwik C. Siadlak :: blog

Po 4 miesiącach przerwy

Uwaga. Ten wpis odbiega tematycznie od tych, które z reguły się tutaj znajdują. Dotyczy osobistych przemyśleń.

Niektórzy z Was już widać mocno stęsknili się za (rzadkimi) wpisami na tym blogu, bo dostałem kilka maili z pytaniami dlaczego kolejne się nie pojawiają.

Otóż spieszę z wyjaśnieniem. Ostatnie 4 miesiące stały pod znakiem offline’owego rozwoju. Dziesiątki przeczytanych książek, kilkanaście szkoleń i spotkań z bardzo ciekawymi ludźmi. (Pierwszy wniosek: Za firewallem też można się dobrze zabawić!).

Ostatni miesiąc natomiast spędziłem w trybie stricte edukcyjnym - jednak sesja to sesja. Tutaj również pojawiło się parę nowości. Rozpocząłem kilka nowych projektów (więcej o nich już wkrótce!) oraz zdecydowałem, że w tym roku udam się na urlop dziekański na mojej alma mater, a w międzyczasie napiszę pracę dyplomową na UJ.

Najbliższy rok “akademicki” będzie inwestycją w rozkręcenie firmy i progress w kilku innych zarówno zawodowych jak i prywatnych projektach. Niemniej, punkt “blogging on regular basis” znajduje się na liście moich noworocznych postanowień, wobec czego możecie spodziewać się kolejnych wpisów. I z pewnością będą bardziej typowe dla tego bloga niż ten (dwusetny, nomen-omen), który niniejszym kończę. :)


Sproutwire - świetny content w jednym miejscu

Od samego początku istnienia wersji beta śledzę z uwagą artykuły wymieniane w serwisie Sproutwire. Od dzisiaj serwis jest już publicznie dostępny, więc nie mogę o nim nie napisać.

Będzie krótko, bo Sproutwire nie jest żadną webaplikacją ani nowym rynkiem w web2.0′owej bańce. Sproutwire jest natomiast jednym z najlepszych miejsc w Sieci, gdzie można znaleźć zagregowane artykuły o startupach i ogólnie - małym biznesie. Ale nie jest to też kolejny Blogfrog - content jest “ręcznie wybierany” przez ludzi, którzy wiedzą “czym to się je”. Nazwiska? Pierwsi z brzegu:

  • Shane Pearlman
  • Sara Smith
  • Brandon Jones
  • czy

  • Christine OKelly (znana również jako Self-made Chick)

W tej chwili korzystanie ze Sproutwire jest o wiele wygodniejsze, niż miało to miejsce w wersji beta (o czym nie omieszkałem napisać Shane’owi) - naglówki artykułów w RSSach prowadzą bezpośrednio do źródła, a nie do sproutwire.com (z którego to dopiero można było kliknąć w odnośnik do oryginału, który na domiar złego otwierał się w nowym tabie!)

Jedno się natomiast od czasów bety nie zmieniło - starannie dobrana treść wysokiej jakości.


Shelfari - pochwal się swoją półką!

Zbierając ostatnio na Twitterze rekomendacje książek z zakresu biznesu i personal developmentu, jeden ze znajomych przesłał mi link do swojej półki. Półka znajduje się w serwisie Shelfari.

Bez zbędnego rozwodzenia się, Shelfari obrazkowo przedstawia Twoją półkę - tą fizyczną (Owned) i wyimaginowaną (Wish). Wszystkie kategorie do jakich możemy dodawać książki to

  • I’ve read (21)
  • I’m reading (6)
  • I plan to read (55)
  • Own (17)
  • Wish list (49)

(Liczby w nawiasach to wartości moich półek w momencie publikacji wpisu. Tak, czytam 6 książek jednocześnie - wliczone są w to również audiobooki)

Shelfari pobiera dane z wielu źródeł: Delicious Library, LibraryThing, Amazonowa Wishlista czy zwykły tabowany plik txt. Do tego nie może oczywiście zabraknąć widgetów do różnych platform blogowych czy facebooka. Flash i JavaScript są również jak najbardziej dostępne. Flashowy widget może wyglądać np. tak:

Do widgetu można również dodać PartnershipID z Amazon.com, dzięki czemu od książek kupionych po kliknięciu w pozycję na naszej półce otrzymamy standardową amazonową premię.

Serwis na piątkę!


Zautomatyzowane backupowanie plików

Stare słowiańskie przysłowie głosi, że

Administratorzy dzielą się na dwie grupy: tych, którzy robią backupy i tych, którzy jeszcze nie robią backupów.

Kilka tygodni temu, w pewne piątkowe popołudnie zdarzyło mi się permanentnie uszkodzić tablicę partycji na głównym dysku mojego desktopu. Nie miałem kopii, a zabawa nie wskazywała na to, że coś może się uszkodzić. Murphy i tym razem się nie mylił i zawartość dysku odeszła w niepamięć.

Oczywiście robię backupy. Weekly, w każdy… piątkowy wieczór. Pech chciał, że w tym właśnie tygodniu rozpocząłem intensywną pracę nad kolejnym uczelnianym assignmentem i kilka stron eseju… również odeszło w niepamięć.


Postanowiłem więc zmienić system backupowania z ręcznego na automatyczny, szczególnie jeśli pracuję z Windows (w Linuksie nie ma tego problemu, od czego jest przecież cron?).

Z pomocą przyszedł zatem bardzo przyjemny soft Louisa Cobiana (studenta szwedzkiego Umeå University) - Cobian Backup.

Cobian Backup 8

Program pozwala na zdefiniowanie backupowych tasków w dowolny sposób: co miesiąc, co tydzień, tylko w czwartki, tylko o 13 i 19 w piątki i wtorki, etc. Obsługa jest banalnie prosta - foldery, które mają być archiwizowane wystarczy przeciągnąć z eksploratora Windows do programu, podać namiary na nośnik na którym mają być zapisane i voila. Nośnik jest dowolny - połącznie FTP, SSH, dysk zewnętrzny, inna partycja - bez różnicy. Plusów jest więcej:

  • 4 rodzaje backupów:
    • full
    • incremental
    • differential
    • dummy
  • kompresja - zip i sqx
  • szyfrowanie - DES, RSA, Rijndael i Blowfish
  • wyjątki - w każdym ze zdefiniowanych katalogów można wybrać pomijane pliki
  • akcje przed- i pobackupowe - możliwość uruchomienia/zakończenia dowolnej usługi czy programu w dowolnym czasie
  • przeprowadzanie backupu jako inny użytkownik
  • limitowanie prędkości transferu (usługa działa w tle i jedynym sygnałem jest ikona w tray’u)
  • logowanie akcji w plikach txt (z możliwością powiadamiania via e-mail)
  • sprawdzanie CRC przesłanych plików
  • masterpassword, żeby nikt “przypadkiem” nie anulował naszych kopii :)

Aktualnie stabilną wersją jest 8.4.0.202 Black Moon, udostępniona na Mozilla Public License. Louis pracuje nad 9 (codename Amanita), ale ta nie jest i nie będzie już wolna. 8 jednak taką jest i pozostanie (źródła do pobrania z SourceForge).

Ask the Readers: Jakiego softu do backupowania swoich plików używacie?


Głosowe wiadomości tekstowe (for free)

Nieraz zdarza się, że musimy się szybko skontaktować z kimś, kto zwykł prowadzić długie i mało interesujące rozmowy. Jeszcze częściej nie mamy czasu na takie zabawy, a już na pewno w ogóle, jeśli stosujemy metody zarządzania czasem z gatunku 4HWW. SMS jest jednak formą, która (a) jest bardzo nieoficjalna (b) mocno ogracznicza technologicznie (więcej niż 160 znaków? Skąd wiesz jaki telefon ma Twój rozmówca?) i wreszcie (c) prowadzi często do nieporozumień, związanych z możliwościami przekazywania emocji (jak doskonale wiemy słowa stanowią zaledwie 7% przekazywanego komunikatu).
pinger.com logo
Najwygodniejszym rozwiązaniem, kiedy nie ma czasu / możliwości na napisanie maila z wyjaśnieniem o co nam dokładnie chodzi, mogłaby być poczta głosowa. Tutaj jednak nie mamy pewności czy uda nam się zastać “sekretarkę”, bo większość z nas nosi włączony telefon stale przy sobie. Jeśli z kolei rzeczywiście zależy nam na czasie, to wysłuchiwanie pozdrowień i muzyki z poczty głosowej jest jeszcze bardziej irytujące. Dlatego wtedy właśnie z pomocą przychodzi nam Pinger.

(Gwoli wyjaśnienia: rzecz o amerykańskim produkcie pinger.com, nie polskim pingerze, czyli mikroblogklonie blipa)

Pinger pozwala nam wysłać wiadomość głosową do dowolnego adresata (ba, nawet całej grupy znajomych). Dzwonisz, podajesz imię adresata, wiadomość i voila. Idealny sposób na szybkie przekazanie komunikatu, bez konieczności prowadzenia czczej dyskusji.

Pinger jest dostępny w 20 krajach, w tym w Polsce. Nasz rodzimy numer to +48 223987813 Miły głos przy pierwszym połączeniu poinformuje nas gdzie i po co się dodzwoniliśmy i pozwoli na dodanie pierwszej pozycji w naszej “książce” adresowej (również obsługiwanej głosowo). Podajemy numer adresata, jego nazwę (dwukrotnie - pinger sprawdza i porównuje oba nagrania) i już możemy nagrać wiadomość.

Nasza wiadomość zostaje wysłana, a adrest powiadomiony - w skrzynce pojawia się wiadomość o następującej treści:

Your friend sent u a Pinger voice msg! Call +48-223987773 to hear it. Pinger lets u send ur voice to any mobile phone.

(pisowania oryginalna :) )

Po oddzwonieniu na wskazany numer wiadomość jest odtwarzana. Same plusy:

  • brak konieczności prowadzenia rozmowy - czysty komunikat
  • wiadomość głosowa - czytelniejszy komunikat
  • szybkość - żadnego wsutkiwania literek i brakiem słów w słowniku T9
  • możliwość powiadamiania grupy - jeden telefon i wszystko załatwione
  • 0 rejestracji, 0 aktywacji, 0 logowania + numer w polskiej sieci
  • adresat oddzwania w wybranym momencie - nie musi odebrać wiadomości natychmiast, jeśli jest zajęty
  • cena - jedyny koszt, to wykonanie połączenia, a w dzisiejszym świecie pełnym darmowych minut to już nie stanowi problemu

Przydałoby się tylko dostosowanie języka komunikatu do kraju w jakim znajduje się adresat - wysyłając pingerową wiadomość do mamy/cioci/babci możemy trafić na brak znajomości angielskiego - a wtedy cały plan bierze w łeb.

Swoją drogą na rynku pojawia się coraz więcej ciekawych (i darmowych) usług dla naszych komórek - nie tak dawno przecież pisałem o tym jak wydostać się z nieudanej randki (również za free :) ).


Gazeta.pl zhackowała Naszą-Klasę?

Nie loguję się na naszą-klasę zbyt często. Raz na 2-3 tygodnie sprawdzam nowe zaproszenia i dodaję zweryfikowane kontakty (nie, żadnych Kermitów, Supermanów czy koleżanek koleżanek moich koleżanek).
Tym razem znowu w mojej skrzynce pojawiło sie zaproszenie, którego nadawcy z nikąd nie kojarzyłem.

Kliknąłem w link do profilu, zmieniłem kartę (znając obciążenie sieci w n-k, przyjdzie mi trochę poczekać na sprawdzenie kim jest owy nadawca).

Po spędzeniu kilku chwil w Readerze (który jak twierdzi Tomasz jest już po polsku) zacząłem zamykać zbędne karty. Trafiłem na główną stronę Gazety (którą w myśl Low Information Diet odwiedzam rzadko - chyba, że pojawiają się w niej takie artykuły :) ). Skąd zatem otwarta karta? Whatever. Czas wrócić do naszej-klasy.

Kiedy załadował się naszo-klasowy inbox znów kliknąłem w profil nieznanego mi kontaktu. W nowootwieranej karcie pojawia się… Gazeta.pl!

Czyżby coś nie-tak z moją przeglądarką? Nie, ostatnie 4 zaproszenia prowadzą do tej samej strony:

Nasza-klasa.pl

http://adclick.hit.gemius.pl/hitredir/id=.c070mbGFKw5ijuVjAqglZRL.h66
du7mgQmNiJ2qq7P.K7/stparam=vaetgwpprt/sarg=00000001034B3451/url=http
://ad.hit.gemius.pl/hitredir/id=ncpFZjtJtVA6rZSQlrJFSIXDDkEpPMO_7NNP
FjV6Uor.k7/stparam=nipfnkejsr/url=http://www.gazeta.pl/0,0.html?tab=4

Błąd naszej-klasy, czy może szykuje się premia dla działy IT Gazety? :)


SMS od Google

Google accountsOstatnio mimo natłoku różnych spraw zawodowo-prywatnych biorę aktywny udział w projekcie startup.dlasiebie.pl (projekt Tomka miał na celu zebranie grupy ludzi, którzy chcą razem zrobić coś ciekawego. Bardzo spodobała mi się ta idea, więc koordynuję jeden z wdrażanych przez nas projektów).

Podczas kolaboracji z kilkunastuosobową, rozproszoną grupą zachodzi potrzeba powiadamiania się o nadchodzących eventach w czasie krótszym niż pozwala na to e-mial (oczywiście mowa o części praktyczniej, nie technologicznej - nie każdy ma stale otwartą skrzynkę pocztową, nie mówiąc już o wyznawcach technik rodem z 4HWW :) ).

Najłatwiej jest dostarczyć takie powiadominie przez kanał, który praktycznie zawsze jest otwarty i pozwoli na szybką reakcję. Tak, mowa o SMS.Notyfikacje Google

Mówiłem o tym już na kilku konferencjach i szkoleniach, nie jeden blogger już o tym pisał. Wygląda jednak na to, że ta informacja nie jest jeszcze tak rozpowszechniona jak, jak sądzę, być powinna.

Tak, Google wyśle Ci SMS.
Za free. Kiedy chcesz.

W zakładce ustawień swojego Kalendarza aktywuj numer telefonu (oczywiscie, działa we wszystkich sieciach). Stwórz nowy kalendarz czy dołącz się do istniejącego (zobacz kalendarz CzLUG dla przykładu)

i w dziale notyfikacji zaznacz powiadamianie o każdym wydarzeniu w określonym interwale czasowym. Już nie zapomnisz o spotkaniu na skype. :)

P.S.
Cisza na tym blogu wynika z projektów wspomnianych na początku tego wpisu. Ale, ale! Wszystkie zostaną tu wwkrótce opisane :)


Superhost.pl - “… a wszyło jak zwykle.”

Wczoraj o 1600 dostałem maila od Superhost.pl o noworocznej promocji domen: rejestracja .pl za 1gr.
Nice, quite nice. Sprawdziłem - zarejestrowałem dwie domeny, przeczytałem regulamin, zaplaciłem - wszystko wygląda OK! Załatwiłem kilka spraw i kilka godzin poźniej chciałem zarejestrować kilka dodatkowych domen, aby zapobiec domain squattingowi nowego projektu. Niestety, podczas dodawania domen do koszyka (o 2100, czyli 5 godzin po rozpoczęciu promocji) Superhost podniósł ceny o 110000%. Mailing do wszystkich klientów z promocją trwającą 5 godzin? OK, każdy ma swoje metody, lepsze lub gorsze.
Wysłałem pytanie do BOK’u jaka cena mnie obowiązuje, skoro w koszyku mam jednogroszowe domeny (w nadziei, że poprawił im się support)
Dobrze, że zarejestrowałem te pierwsze dwie domeny.

Dziś rano znalazłem w skrzynce dwa maile w których nadawcą był Superhost. Pierwszy z nich był w BOKu (wow!):

[…] ze względu na duże zainteresowanie Promocją Noworoczną została wyczerpana pula domen w cenie 1 grosza.

Szkoda. Widocznie rzeczywiście było duże zainteresowanie i więcej osób, tak jak ja, zdążyło zarejestrować chociaż dwie domeny. Ale został też drugi mail:

SuperHost.pl s.c. się kłania.

Promocja Noworoczna cieszyła sie ogromnym zainteresowaniem, który przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania.[…]
Obecnie obowiązuje nowy cennik, z uwagi aby zmiana ceny nie byla tak diametralna również promocyjny […] Za utrudnienia najmocniej przepraszamy.

W obecnej sytuacji bardzo proszę o informacje czy są Państwo zainteresowani dopłata do rejestracji, czy mamy przenieść płatność na poczet innych, wskazanych przez Państwa usług.

Jak policzyliśmy wyżej - ta “nie tak diametralna” zmiana ceny to 110000% podwyżka. Domeny rejestrowałem w kilkanaście minut po otrzymaniu maila. Miałem pecha, czy ta “promocja” to po prostu tani chwyt marketingowy?


Tip: Jak zaczynasz dzień?

Wschód słońca - digitalphoto.pl

Będzie krótko, zwięźle i na temat. Pracując niezmiennie nad podnoszeniem produktywności swojej pracy zacząłem się zastanawiać nad jej ścisłymi fundamentami. Od lat mówi się o tym, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia i bez niego nie można zacząć pracy na pełnych obrotach. Śniadanie - OK, ale co przed nim? Będąc ostatnio w górach, podczas rozmowy z pewnym doktorem medycyny manualnej skontrastowaliśmy dwa przykłady spędzania poranków: ludzki i zwierzęcy.
Przykładowy dzień większości z nas zaczyna się w ten sposób: budzik, toaleta, śniadanie i wymarsz do pracy (kwestia śniadania oczywiście jest kwestią gustu, pozostałe są raczej stałe :) ). Teraz przykład zwierzęcy, niech będzie to np. sarna. Kto nie ogląda Animal Planet, a widział chociaż raz w życiu bajkę Bambi wie, że żadne leśne zwierze nie zacznie śniadania, bez porządnego rozciągnięcia zastanych przez noc mięśni.
Brak tych kilku minut porannej “rozgrzewki” to spadek produktywności o 30-50%. A skoro niewielu z nas to robi, to wprowadzenie takiego zwyczaju oznacza znaczny jej wzrost. Spróbuj i zobacz jak będziesz się czuć przez resztę dnia! :)
Czytaj dalej… »


Połączenia ze Skypem bez Skype’a?

Ekiga Na to wygląda. zhink opublikował bramkę Skype to SIP. Na razie rzecz jest restricted software i kosztuje $25, ale skoro zamknięta wersja jest na rynku to może (na co gorąco liczę) wkrótce pojawią się otwarte odpowiedniki.

Na górze logo Ekigi, bo to właśnie o niej był artykuł na Mad Penguin, ktory doprowadził mnie do bramki zhinka. Więcej o Ekidze można przeczytać właśnie w w/w artykule albo po polsku, u Patrysa.